[{"content":"","date":"2 sierpnia 2026","externalUrl":null,"permalink":"/tags/bikepacking/","section":"Tags","summary":"","title":"Bikepacking","type":"tags"},{"content":"","date":"2 sierpnia 2026","externalUrl":null,"permalink":"/tags/camping/","section":"Tags","summary":"","title":"Camping","type":"tags"},{"content":"","date":"2 sierpnia 2026","externalUrl":null,"permalink":"/categories/","section":"Categories","summary":"","title":"Categories","type":"categories"},{"content":" Czym jest North Coast 500? # Z każdym rokiem wybieranie trasy rowerowej jest dla nas coraz trudniejsze. W Polsce objechaliśmy już wszystko, co chcieliśmy, a wyjazdy za granicę, w których jazdę zaczynalibyśmy w Polsce, trwałyby zbyt długo, dlatego naturalnie zaczęliśmy patrzeć na miejsca, do których można dolecieć samolotem. Nie chcieliśmy jednak, żeby było to zbyt drogie i wymagało przesiadek. Jedną z rzeczy, które zaproponowałem podczas planowania, była Wielka Brytania. Da się tam dolecieć bez przesiadek, nie będzie upałów latem, a przewyższenia też nie napawały grozą tak jak szwajcarskie Alpy. Nie miałem wtedy na myśli żadnej konkretnej trasy — bardziej myślałem o południu kraju. Po czasie, gdy ten pomysł zakiełkował, Hubert B. zaproponował trasę NC500. Jeśli wcześniej o niej nie słyszeliście, to nie jesteście wyjątkiem, bo mi ta nazwa też nic nie mówiła.\nNC500, czyli North Coast 500, to trasa widokowa okrążająca północną Szkocję, licząca sobie około 500 mil (dokładnie 516 mil / 830 km) — stąd „pięćset” w nazwie. Zaczyna się i kończy w Inverness. Prowadzi przez górzyste tereny północnych Highlands w Szkocji, a większość trasy biegnie wzdłuż wybrzeża. Wtedy jeszcze nie do końca zdawałem sobie sprawę, z czym będzie się to wiązać, ale spodobał mi się ten pomysł.\nLogistyka # Jedną z rzeczy, która w poprzednich latach powstrzymywała nas przed takimi wypadami, była niepewność, skąd wytrzaśniemy kartony do zapakowania rowerów na lot powrotny. Wymogi są takie, że aby lecieć samolotem z rowerem, trzeba go rozkręcić i zapakować w karton o określonych wymiarach i wadze nieprzekraczającej zwykle 30 kg. W tym przypadku logistyka byłaby prostsza, bo start i koniec naszej przygody zaplanowaliśmy na Edynburg, do którego łatwo było się dostać samolotem. To dawało nam całkiem dużo opcji, od zostawienia kartonów, z którymi przylecieliśmy z Polski, po znalezienie nowych w licznych sklepach rowerowych w mieście.\nZ racji tego, że start oficjalnej trasy znajduje się w Inverness, musieliśmy się tam jakoś dostać. Dla zaoszczędzenia czasu wybraliśmy pociąg. Tamtejsze koleje zwykle mieszczą do 6 rowerów, a nas była piątka, więc bilety musieliśmy kupić z dużym wyprzedzeniem. Kupowaliśmy je przez aplikację {tu nazwa strony}, jeśli to komuś kiedyś pomoże.\nJak co roku planowaliśmy spać na dziko. W Szkocji jest to legalne, więc problem ukrywania się w lasach po nocy mieliśmy z głowy.\nW tym roku też pierwszy raz zdecydowaliśmy się na wzięcie palników, żeby móc sobie zagotować wodę w obozach. Butle z gazem planowaliśmy kupić w Edynburgu.\nTrudne początki # Problemy zaczęły się jeszcze przed wylotem z Polski. Podczas odkręcania przedniego koła w moim rowerze wyrobił mi się gwint w ośce, przez co nie mogłem odkręcić koła i mój rower nie mieścił się w kartonie. Na nic zdały się wszelkie próby odkręcania innych części roweru. Dodam, że cała sytuacja miała miejsce o godzinie 13, a lot mieliśmy o 16:50. Próbując zachować zimną krew, znalazłem najbliższy serwis rowerowy i dynamicznie poprowadziłem do niego rower (po wyjściu z mieszkania zorientowałem się, że pedały przecież zdążyłem już odkręcić ;) ). Gdy w końcu dotarłem na miejsce, zobaczyłem napis „Czasowo zamknięte”. Klasyka. Wyjmuję telefon i szukam kolejnego\u0026hellip; 700 m. Okej, biegnę. Na miejscu dowiaduję się od właściciela, że jedyną opcją jest wywiercenie ośki i to robota na 1-2 dni. Nie mam tyle czasu. Szukam kolejnego serwisu z nadzieją, że może gość się pomylił\u0026hellip; kolejne 700 m. Tutaj niestety słyszę to samo. Jestem zrezygnowany. Nie wiem, co robić. Piszę chłopakom, jak wygląda sytuacja. Już praktycznie pogodziłem się z tym, że nie polecę. Na szczęście w takich chwilach zawziętość kumpli potrafi pokrzepić na duchu. To, ile propozycji rozwiązania tego problemu zaczęli mi pisać — choć praktycznie na wszystkie sam wcześniej wpadłem — na tyle obudziło we mnie ponownie nadzieję, że zdecydowałem się na odkręcenie tylnego koła i pojechanie na lotnisko pomimo sztycy wystającej z kartonu. „Jeśli nie przejdę kontroli, to trudno. Przynajmniej spróbowałem” — myślałem sobie. Przez całe to zamieszanie na lotnisko dotarłem dość późno, ale chłopacy znowu stanęli na wysokości zadania, pomagając mi szybko okleić karton i włożyć go na taśmę bagażową. Przeszło!! Udało się nadać bagaż 10 min przed czasem, czyli jakieś 20 min szybciej niż w poprzednim roku ;).\nKiedy wylądowaliśmy w Edynburgu i zaczęliśmy skręcać nasze rowery, pojawił się kolejny problem. Aby jak najbardziej zmniejszyć element wystający z kartonu, odkręciliśmy sztycę w moim rowerze. Wtedy nie dało to za dużo, a dodatkowo teraz nie mogliśmy jej poprawnie skręcić. Męczyliśmy się jakieś 3 godziny i w końcu zdecydowaliśmy, że jedyną sensowną opcją będzie pojechanie do serwisu już po dotarciu do Inverness.\nW Wielkiej Brytanii panuje ruch lewostronny i nie powiem, mieliśmy chwilę głupiej radochy, ucząc się jechać tą stroną ulicy zaraz po wyjściu z lotniska. Jadąc na moim rowerze, czułem się jak na młocie pneumatycznym. Starałem się naprawdę uważać, bo czułem, że może mi się cały rozlecieć. Było na tyle późno, że jedyną rzeczą, którą zrobiliśmy jeszcze tego dnia, było pójście coś zjeść i znalezienie miejsca na obóz. Jak na centrum miasta nie było to wcale takie trudne.\nZ samego rana, zaraz po złożeniu obozu, rozdzieliliśmy się na 2 grupy. Hubert ^2 i Mikołaj pojechali do Decathlonu kupić butle z gazem i liofy, a ja z Michałem — odebrać bilety na stację kolejową. Następne pół dnia zleciało nam na jeździe pociągiem, podziwianiu widoków i planowaniu następnych wyzwań.\nZaraz po dotarciu do Inverness wyruszyłem do serwisu rowerowego z nadzieją, że uda się załatwić mój problem. Na szczęście właściciel okazał się wyjątkowo pomocny. Chyba nieraz spotykał się już z tym problemem, bo naprawił mój rower w dosłownie kilka minut. Gdyby ktoś również miał problemy ze swoim sprzętem, to polecam jego serwis: Racecraft Bikes w Inverness ( https://share.google/PAOyh1cszmvx3IIfl ). Po tym wszystkim mogliśmy już w spokoju przejść do kolejnego etapu: zrobić zapasy, dokupić siatki i spraye na midges w lokalnym sklepie survivalowym i w końcu rozpocząć jazdę. Zaczęliśmy dość późno, więc tego dnia udało nam się przejechać zaledwie 50 km. Problemem okazało się też szukanie miejsca na nocleg. Jak wcześniej wspominałem, w Szkocji można spać na dziko, więc spodziewaliśmy się, że szybko znajdziemy jakąś polanę, na której będziemy mogli rozbić namioty, ale się mocno przeliczyliśmy. Na tym odcinku trasy każdy skrawek łąki był ogrodzony płotem. Wszystko było terenem prywatnym i długo jechaliśmy w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego. Ostatecznie zrezygnowani rozbiliśmy się na parkingu obok drogi krajowej. Nie było to zbyt komfortowe miejsce, ale przynajmniej nikt nas stamtąd nie pogonił.\nJa i nasza mała prowizorka Biwak na parkingu Scotland is not for beginners # Trasa nieźle dała nam w kość. Po części dlatego, że jest na niej dużo przewyższeń, ale także z powodu ciągłego dyskomfortu, jaki zapewniała nam szkocka pogoda i muszki midges. Dodając do tego lawinę usterek, nic dziwnego, że morale na trasie nie było zbyt wysokie.\nPogoda # Wielka Brytania jako wyspa ma łagodniejszy klimat, ale za to częstsze deszcze i wiatr. Wiedzieliśmy, że taka pogoda będzie regułą, a nie wyjątkiem, dlatego na wyjazd zabraliśmy cały zestaw ubrań przeciwdeszczowych. Najmniej oczywistą częścią tego zestawu były osłony na buty, aby te nie przemakały. Mimo dobrej wodoodporności naszych zestawów przy większych ulewach nie było na nas suchej nitki.\nPrognozy pogody nie działają w Szkocji Podjazdy # Brytyjczycy mają oko do wymownych nazw. Nie inaczej jest z nazwą Highlands, która dobrze oddaje specyfikę tego terenu. Przy dziennych dystansach od 70 do 130 km przewyższenie w każdym dniu wynosiło około 1500 m. Raz były to częstsze, krótsze, gwałtowne wzniesienia, sprawiające wrażenie jazdy po tarce, a raz długie, ciągnące się kilometrami podjazdy. Największy z nich mieliśmy w drugim dniu jazdy — na 8 km zafundował nam przewyższenie 640 m. Pokonanie całego zajęło nam chyba 2 godziny.\nNajwiększy podjazd na trasie Na szczycie Widoki po drugiej stronie były tego warte Midges - czyli te wstrętne muszki # Jeśli w okresie letnim planujesz wybrać się do północnej Szkocji, to rzeczą obowiązkową jest przygotowanie się na midges. Są to małe muchy, których rozmiary nie przekraczają zwykle 3 milimetrów. Latają w prawdziwych chmarach i gryzą jak nasze komary. Jest to prawdziwa udręka zarówno rano, jak i wieczorem. Jeśli masz odkrytą choć drobną część ciała, bardzo szybko to zauważą i zaczną cię gryźć.\nW większości sklepów w Highlands można kupić specjalne spraye i siatki przeciwko tym owadom. Po zobaczeniu nagrań, jak wyglądają całe chmary midges, postanowiliśmy się dobrze przygotować i kupić 2 rodzaje sprayów. Niestety, jak się później okazało, nie dawały one zbyt wiele. Jedyną skuteczną ochroną było całkowite zakrycie całego ciała, w tym także twarzy za pomocą specjalnej siatki, i (jeśli nie było konieczności wychodzenia) siedzenie w namiocie.\nGang pszczelarzy gotowy do drogi Upadek i odrodzenie # Mniej więcej w połowie naszej trasy leżała miejscowość o nazwie Ullapool — niewielkie miasteczko liczące około 1300 mieszkańców i mogące pochwalić się całkiem imponującym portem. W okolicy nie znajdowała się już żadna większa miejscowość i — co dla tej historii istotniejsze — było to ostatnie miejsce, skąd moglibyśmy wrócić autobusem do Inverness. Później najbliższą miejscowością było Thurso, oddalone o około 230 km.\nW pierwszych dniach trasy nasze morale były dość słabe. Do bycia przemoczonym całymi dniami i wszystkiego opisanego powyżej doszły kolejne usterki rowerowe, tym razem w rowerze Mikołaja. Pękły mu 2 śruby podtrzymujące bagażnik, więc obawiając się jego zerwania, nie mógł już dłużej wozić na nim sakw. Najbliższy serwis był dopiero w Ullapool, więc do tego czasu jedną sakwę wiózł Michał, zgadzając się na dodatkowe kilogramy, a drugą Mikołaj wziął na plecy jak plecak. Drugą usterką w jego rowerze były zepsute przerzutki. Zacięły się na najniższym biegu, więc przez ponad jeden dzień nogi Mikołaja obracały się jak chomiki w kołowrotku. O dziwo, ta usterka okazała się nie być aż tak uciążliwa — prawie wcale nie jeździliśmy po płaskim, pod górę wjeżdżało się na najniższym biegu, a zjeżdżało już i tak bez pedałowania. Jeśli jednak zdarzyły się jakieś płaskie odcinki, to wyraźnie zostawał w tyle.\nDodatkowo w międzyczasie rozszczelnił się woreczek, w którym woziłem kawę. Z racji tego, że przez ciągłe ulewy mój plecak był stale mokry, taka kombinacja zaowocowała oblepieniem go ciemną i lepką mazią.\nMichał, który musiał wozić dodatkowy ciężar i którego podjazdy mocniej dobijały, miał z kolei problem z namiotem, który nie był wystarczająco wodoszczelny na szkocką pogodę. Dlatego nie dość, że moknął cały dzień, to jeszcze nocami nie miał okazji wyschnąć. To było bardzo dołujące.\nDlaczego o tym wszystkim wspominam? Dlatego, że na tamten moment wizja skończenia trasy w tym miejscu wydawała nam się bardzo kusząca, a w pewnym stopniu nawet bardzo rozsądna. Jeśli nie uda się naprawić roweru Mikołaja w Ullapool, dalsza jazda może się dla nas naprawdę źle skończyć, bo nie będziemy mieli zapasu.\nMichał podjął decyzję, że zostaje. Weźmie sobie nocleg, wyschnie i w piątek wróci autobusem do Inverness. My czekaliśmy na rozwój wypadków z rowerem Mikołaja. Jeśli Michał nie jedzie dalej, to bez sprawnego bagażnika, Mikołaj i tak sam się nie zabierze z sakwami. Rozbiliśmy sobie mały obóz przed serwisem rowerowym i negocjowaliśmy, jak rozegrać dalszą trasę. W tamtym momencie to ja byłem osobą, która optowała za tym, żeby jak najbardziej skrócić drogę. Nie chciałem ryzykować, że jeszcze coś się posypie. Głosowałem, żeby pojechać do Inverness rowerami (jakieś 140 km na 2,5 dnia jazdy). Wiem, że to mało, ale wolałem dmuchać na zimne. Kusząca wydawała mi się też wizja zostania z Michałem, ale bałem się, co dalej wymyślą chłopacy. Z ich charakterem skończenie tej trasy nadal było realne, a przecież nie mogłem pozwolić, żeby to zrobili beze mnie. Po 30 km znajdowało się rozwidlenie, na którym można było wybrać, czy jedziemy w stronę Inverness, czy dalej trasą NC500. Zdecydowaliśmy, że to wystarczający dystans, żeby przetestować rower Mikołaja po naprawie. Jeśli będzie z nim coś nie tak, to od razu pojedziemy w stronę Inverness, a jeśli wszystko będzie dobrze, jedziemy dalej, aż do Thurso, skąd wrócimy pociągiem do Inverness.\nGdy dotarliśmy do owego rozwidlenia i z rowerem było wszystko ok, wiedziałem, że krótsza opcja nie wchodzi w grę. Byłem już z tym pogodzony. Czułem jednak, że coś nie gra, i miałem rację, bo okazało się, że chłopacy mają kolejny szalony pomysł. Chcieli pojechać do Melvich (miasto położone przed Thurso), a następnie pojechać w dół, ścinając część NC500, żeby potem znowu się do niej połączyć i dojechać tak do Inverness. Bez pociągu. Pomysł wydawał się absurdalny, bo zakładał przejechanie przez 2,5 dnia 300 km, czyli tyle, ile zrobiliśmy przez pierwsze 4 dni. Słysząc to, poświęciłem dobrą chwilę na powyzywanie chłopaków. Potem pomysł zaczął mi się podobać. Trochę to dziwne, bo przez ostatnie dni to ja byłem głównym namawiającym do skrócenia trasy, ale taka już chyba moja natura — koniec końców lubię szalone pomysły. Zgodziłem się, ale miałem jeden warunek — musieliśmy kupić w tym momencie bilety na pociąg z Thurso do Inverness. Miała to być opcja awaryjna, na wypadek gdyby coś się wysypało, bo w tamtych rejonach nie było już innej opcji. Kupiliśmy więc bilety i wyruszyliśmy w drogę. Z perspektywy czasu się z tego cieszę, bo reszta dnia miała nam zafundować zdecydowanie najpiękniejsze widoki na tej trasie.\nPo lewej Michał z pierwszą sakwą, a po prawej Mikołaj ze swoją drugą sakwą na plecach Mój plecak w kawowej mazi W oczekiwaniu na rower Mikołaja Krajobrazy # Nie będę się w tym punkcie rozpisywał. Szkocja bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Nie sądziłem, że zobaczę tu tak monumentalne miejsca. Tak - monumentalne. Czułem się momentami, jakbym oglądał wielki kanion lub szwajcarskie Alpy. Najwięcej takich widoków było w 5. dniu naszej trasy, pomiędzy Ullapool a Durness. Jeśli ktoś z was będzie miał okazję odwiedzić tę część Highlands, to musicie to zobaczyć.\nJedzenie i picie w Highlands # Highlands są trochę jak Bieszczady. Wszędzie jest daleko. Jadąc główną drogą, zdarzało nam się, że między dwoma sklepami mieliśmy cały dzień jazdy. Z tego powodu staraliśmy się mieć w sakwach zawsze zapas jedzenia i przynajmniej 3 litry wody na osobę, jednak nawet to nie zawsze wystarczało. W kryzysowych sytuacjach pytaliśmy o wodę w innych miejscach, np. na campingach. Zdarzało się, że lokalsi udostępniali nam kran, żebyśmy mogli uzupełnić zapasy wody. Stało się tak np. wtedy, gdy zatrzymaliśmy się przed pizzerią. Dojechaliśmy do niej dosłownie chwilę przed zamknięciem, więc właściciel nie zdążyłby nam już nic zrobić, ale powiedział, że możemy uzupełnić swoje zapasy wody.\nPrzez to, że do wszystkiego było daleko, świetnie sprawdzały się kuchenki gazowe, które mieli Hubert i Mikołaj. Naszą poranną rutyną było gotowanie sobie wody na kawę. Dodawało to klimatu biwakowaniu.\nNa wypadek gdyby w dzień nie udało nam się zjeść niczego ciepłego, mieliśmy ze sobą jedzenie liofilizowane, czyli po prostu zwykłe posiłki z usuniętą z nich wodą. Aby je przyrządzić, wystarczy zalać je wrzątkiem i voilà. Gotowe.\nKawa to była nasza poranna rutyna Liofy Biwakowa rzeczywistość Szkocka gościnność # Czy kojarzyliście kiedyś Szkotów z gościnnością? My do tej pory też nie, ale po tym wyjeździe to się zmieni. Znaczna większość osób, które spotkaliśmy na tym wyjeździe, okazała nam dużą życzliwość i chętnie pomagała, nawet gdy o to nie prosiliśmy. Nieliczne przypadki osób, które zachowały się w stosunku do nas niefajnie, można policzyć na palcach jednej ręki. Poniżej kilka przykładów szkockiej gościnności:\nPani, u której kupiliśmy kanapki, za darmo dała nam chipsy, a potem jeszcze doniosła popcorn Sklepikarz pozwolił nam nalać sobie wody ze sklepowego kranu, gdy nam się kończyła Ludzie często klaskali i kibicowali nam, gdy jechaliśmy na rowerach. Momentami naprawdę było czuć, że mają do nas wielki szacun, że robimy tę trasę. Nawet trąbienie na nas było jakieś pozytywne. 2 serwisy rowerowe okazały się bardzo pomocne. W pierwszym mój rower został naprawiony w kilka minut, a w drugim właściciel spędził z nami kilka godzin, naprawiając rower Mikołaja. Doradzał nam przy okazji, jak powinniśmy pojechać dalej. Rzeczy, które się wysypały # Wyszczerbiona oś w przednim kole Obluzowany widelec Pęknięte śruby od bagażnika Zepsute tylne przerzutki Przeciekający namiot Kawowa maź w plecaku Ugryzienie przez kleszcza Przeziębienie w trakcie wyjazdu Zgubiony paszport Rozcięty palec Zbyt duży powerbank na lotnisku Zostawiona kurtka na lotnisku Więcej nie pamiętam, wszystkich bardzo żałuję\nProtipy # Wydźwięk mojego wpisu jest dość pesymistyczny, jednak jeśli zachęciłem nim kogoś do zrobienia tej trasy, poniżej streszczam kilka rzeczy, o których należy pamiętać:\ntrasa zaczyna się w Inverness, a bezpośrednie loty z Polski są do Edynburga, więc ten odcinek trzeba pokonać pociągiem. Link do strony przewoźnika: {link} w Szkocji spanie na dziko jest legalne, ale trzeba pamiętać, że nie wszędzie da się znaleźć miejsca wystarczająco daleko od zabudowań sklepy mogą być bardzo od siebie oddalone, więc zawsze powinno się mieć przy sobie duży zapas jedzenia i picia w Szkocji pogoda co chwilę się zmienia. Obowiązkowe są przeciwdeszczowe osłony na buty, spodnie i kurtka wodoodporna oraz namiot z dobrą odpornością na deszcz, najlepiej wielowarstwowy. noce potrafią być naprawdę zimne, więc warto zabrać jakieś cieplejsze ubrania jedyną rzeczą, która faktycznie chroni przed muszkami midges, jest zakrycie całego ciała i uwaga, żeby nie wpadły do namiotu. Siatka na twarz jest obowiązkowa. Warto też mieć rękawiczki i długie skarpety po stromym podjeździe zawsze czeka nas zjazd w dół, ale jeśli masz słabe hamulce, to on też nie będzie przyjemny (znam z autopsji). Musisz być pewien swoich hamulców przed trasą. Pamiętajcie, że w Szkocji obowiązuje ruch lewostronny ;) Pokonana przez nas trasa # Granatowa to oryginalna trasa NC500, a zielona to nasza skrócona wersja Nasza trasa NC500 — plik GPX GPX · 1.0 MB · do wgrania w licznik lub aplikację Pobierz ","date":"2 sierpnia 2026","externalUrl":null,"permalink":"/sport/around-scotland/","section":"Sport","summary":"Moje wspomnienia ze szkockiej trasy North Coast 500 oraz praktyczne wskazówki dla osób, które chcą ją kiedyś zrobić.","title":"Czy ta droga jest przeklęta?! Moje wspomnienia z North Coast 500","type":"sport"},{"content":"","date":"2 sierpnia 2026","externalUrl":null,"permalink":"/tags/rower/","section":"Tags","summary":"","title":"Rower","type":"tags"},{"content":"","date":"2 sierpnia 2026","externalUrl":null,"permalink":"/categories/sport/","section":"Categories","summary":"","title":"Sport","type":"categories"},{"content":"","date":"2 sierpnia 2026","externalUrl":null,"permalink":"/sport/","section":"Sport","summary":"","title":"Sport","type":"sport"},{"content":"Cześć! Znajdziesz tu praktyczne notatki o trzech rzeczach, które traktuję jak jeden projekt: sporcie, zdrowiu i inwestowaniu. Bez magicznych skrótów — tylko to, co realnie działa w dłuższym horyzoncie.\n","date":"2 sierpnia 2026","externalUrl":null,"permalink":"/","section":"Sport, Zdrowie i Inwestowanie","summary":"","title":"Sport, Zdrowie i Inwestowanie","type":"page"},{"content":"","date":"2 sierpnia 2026","externalUrl":null,"permalink":"/tags/szkocja/","section":"Tags","summary":"","title":"Szkocja","type":"tags"},{"content":"","date":"2 sierpnia 2026","externalUrl":null,"permalink":"/tags/","section":"Tags","summary":"","title":"Tags","type":"tags"},{"content":"","date":"2 sierpnia 2026","externalUrl":null,"permalink":"/tags/trasa/","section":"Tags","summary":"","title":"Trasa","type":"tags"},{"content":"","date":"25 czerwca 2026","externalUrl":null,"permalink":"/zapisane/","section":"Sport, Zdrowie i Inwestowanie","summary":"","title":"Zapisane","type":"page"},{"content":"Na co dzień jestem programistą, a hobbystycznie interesuję się sportem, zdrowiem i inwestowaniem.\nSport pozwala mi odpocząć psychicznie po całym dniu spędzonym przed komputerem, a dbanie o zdrowie i finanse jest, według mnie, obowiązkowe dla każdej osoby. Jeśli sami nie zaczniemy o nie dbać, to z czasem zaczniemy tego żałować. Z kolei im wcześniej zaczniemy, tym lepsze efekty osiągniemy w przyszłości dzięki procentowi składanemu.\nNie muszą to być wielkie zmiany – liczy się systematyczność. Z biegiem czasu będziemy dostrzegać ich coraz większą wartość.\n","date":"15 czerwca 2026","externalUrl":null,"permalink":"/about/","section":"Sport, Zdrowie i Inwestowanie","summary":"","title":"O mnie","type":"page"},{"content":"","date":"5 czerwca 2026","externalUrl":null,"permalink":"/tags/bieganie/","section":"Tags","summary":"","title":"Bieganie","type":"tags"},{"content":"","date":"5 czerwca 2026","externalUrl":null,"permalink":"/tags/bieszczady/","section":"Tags","summary":"","title":"Bieszczady","type":"tags"},{"content":"Z roku na rok staram się podnosić poprzeczkę moich sportowych wyzwań. Przez 3 lata było to proste - wystarczyło podwajać dystans Ironmana. Zaczynałem od 1/4, po roku 1/2, a ostatecznie zrobiłem całego IM. Tym razem nie było to takie proste, bo idąc tą zasadą musiałbym teraz zabrać się za podwójnego. A szczerze mówiąc wydawało mi się to już dość nudne. Pełny IRONMAN dał mi przeświadczenie, że dystans nie jest już przeszkodą - wystarczy dyscyplina głowy, odpowiednie jedzenie i komfortowe tempo podczas zawodów. Dlatego tym razem szukałem wyzwania, którego nie byłbym pewien, czy dam radę ukończyć. I wtedy przypomniałem sobie o Biegu Rzeźnika.\nCzym jest Bieg Rzeźnika? # To jeden z najbardziej kultowych polskich ultramaratonów górskich, rozgrywający się w Bieszczadach i będący częścią festiwalu biegowego o tej samej nazwie. Dystans liczy ponad 80km w tym ponad 4000 metrów przewyższeń i jest uznawany za jeden z najtrudniejszych ultramaratonów w Polsce. Sam bieg również ma specyficzną konwencję, ponieważ dystans pokonuje się w parach, a partner nie może oddalić się na więcej niż 100 metrów. O biegu dowiedziałem się kilka lat wcześniej od kolegi z byłej pracy. Podobno na trasie rozdawali suszoną wołowinę\u0026hellip;\nLekkie nagięcie zasad # Razem ze mną w zawodach planowali wystartować Mikołaj i Hubert. Mimo, że znamy wielu sportowych świrów, nie udało nam się znaleźć nikogo chętnego na czwartą osobę. Szukając sposobów na rozwiązanie tego problemu przez myśl przeszło nam zapisanie się na dłuższą wersję zawodów, czyli Bieg Rzeźnika Ultra, który liczy 95 kilometrów i, co miało być kluczowe dla naszej sytuacji, nie wymaga startu w parach. Najpewniej zdecydowalibyśmy się właśnie na ten wariant, gdyby nie to, że po wymianie mailowej z organizatorami, zgodzili się zrobić dla nas wyjątek i puścić nas w trójkę.\nPrzygotowania # Mój plan pod te zawody nie był wybitnie zoptymalizoway. Starałem się biegać 4-5 razy w tygodniu, i stopniowo zwięszać dystans wraz z kolejnymi tygodniami. Starałem się też przyzwyczaić moje nogi do przewyższeń, więc kilka razy wyjechałem na wypady treningowe w góry, a gdy nie mogłem, ustawiałem siłownianą bieżnię na maksymalne nachylenie i maszerowałem przez kilka kilometrów. W weekendy, gdy miałem więcej czasu, robiłem długie wybiegania. Dwukrotnie w trakcie 30km treningów z dużą liczbą podbiegów, pojawił się w moim prawym kolanie ból uniemożliwiający mi ukończenie treningu. Bardzo mnie to zaniepokoiło, więc ostatnie tygodnie przed zawodami dołożyłem intensywne rolowanie i rozciąganie nóg licząc, że to pomoże.\nPrzed burzą # Start zawodów był przewidziany na piątek o 3 w nocy, więc w Cisnej zjawiliśmy się już w czwartek, żeby na spokojnie odebrać pakiety startowe i przygotować się na następny dzień. Czułem duży respekt do tych zawodów i szczerze bałem się czy na pewno uda nam sie zmieścić w 17 godzinnym limicie czasu. Jednak tylko kiedy wspólnie z chłopakami zaczęliśmy przygotowywać się do startu, od razu poczułem znajomą energię charakterystyczną dla tego momentu zaraz przed zawodami, która dała mi dużo mocy. Zaczęliśmy nawet snuć plany o tym co jeśli uda nam się ukończyć zawody do godziny 16.00. Dawałoby nam to wtedy możliwość wystartowania w wersji Hardcore, czyli Bieg Rzeźnika + 21 km. Skrajnie małoprawdopodobne jak na amatorów, ale właśnie to wydawało się najfajniejsze.\nOdbierając pakiety okazało się, że organizatorzy już nas kojarzyli - byliśmy jedną z 2 trójek dopuszczonych do startu.\nNa stoiskach biura zawodów upatrzyłem sobie bluzę z logiem, która miała stać się moim trofeum jeśli uda mi się ukończyć zwody.\nZ odebranymi pakietami, depozytem zostawionym na przepaku w Cisnej i gotowym sprzętem, postanowiliśmy spróbować się chociaż chwilę przespać. Na to nie zostało już dużo czasu. Zjedliśmy lekkostrawną kolację i o 22 byliśmy już w łóżkach, z pobudką nastawioną na północ. Przez narastające przed startem napięcie to zdecydowanie nie był sen najlepszej jakości. Po wstaniu ubraliśmy się, załatwiliśmy, strzeliliśmy na spółę Dzika i wyruszyliśmy. Z mieszkania musieliśmy wyjść chwilę przed pierwszą w nocy, bo musieliśmy jeszcze dojść do Cisnej. Tam czekały na nas autokary do Komańczy - miejsca startu zawodów. Wyjazd o 1.30. Atmosfera starych PRL\u0026rsquo;owskich autobusów wiozących setki taktycznie ubranych biegaczy z czołówkami, kijkami trekingowymi i plecakami, robiła niesamowite wrażenie. Jadąc przez oddalone od zabudowań Bieszczadzkie drogi i patrząc na księżyc można było poczuć się jak kilkadziesiąt lat wcześniej. Na miejscu zastał nas zespół grający gitarową muzykę, a nasz tłum biegaczy robił ostatnie przygotowania. Zaraz wszystko miało się zacząć.\nGotowi do startu Miłe złego początki # Równo o 3.00 wystartowaliśmy. Pierwsze kilometry prowadziły po betonowych płytach, a wzniesienia były tylko symboliczne. Mimo to, pamiętając przeczytane wcześniej rady o ultra, pozwalaliśmy sobie na marsz. Zresztą, nie tylko my, bo na podejściach cała fala innych zawodników robiła to samo. Mimo to, czując się świetnie, udało nam się ich wyprzedzać. Na tym etapie pozwalaliśmy sobie jeszcze na bieg tempem 5.30 min/km.\nPełny mrok i fala zawodników z kolorowymi czołówkami wyglądały świetnie - przywodziły mi na myśl nocny półmaraton we Wrocławiu.\nPo około 5 kilometrach, kiedy zaczęło się przejaśniać, weszliśmy w nowy biom na tej mapie - Las. Tutaj teren zaczął być już mniej przyjazny. Błoto, strumyki i bardziej strome podejścia spowalniały całą grupę zawodników. Gdzieniegdzie było to naprawdę denerwujące, bo czuliśmy, że każda minuta stracona na czekaniu w kolejce do przejścia zmniejsza nasze szanse na skończenie zawodów na czas, mimo tego, że obecnie mieliśmy tempo na 13 godzin, a nie 17, czyli limit tych zawodów.\nNiemniej jednak, bardzo podobała mi się atmosfera i widoki z terenu po którym biegliśmy. Las o wschodzie słońca i poranna mgła dodawały niesamowitego klimatu.\nPierwszy kryzys\u0026hellip; # Według planu zawodów na 17 kilometrze miał być punkt i pod to rozplanowaliśmy nasze żywienie. Dobrze, że na wszelki wypadek mieliśmy zapas, bo nigdzie nie mogliśmy go wypatrzeć. Rozmawiając z innymi zawodnikami, słyszeliśmy różne teorie. Jeden z zawodników mówił, że to nie jest punkt żywieniowy, a wyłącznie czasowy, aby zdjąć z trasy osoby, które zbyt wolno biegną. Dlatego miałby się rozstawić dopiero bliżej granicy czasu. Nie było jednak wiadomo czy to na pewno prawda. W każdym razie, następny punkt miał być dopiero na 34 kilometrze, więc musieliśmy rozsądnie dysponować naszymi zapasami. Jedzenia miałem wystarczająco, ale o wodę się trochę martwiłem.\nMniej więcej w tym czasie zacząłem też czuć znajome kłucie w kolanie. Modliłem się, żeby to się nie rozwinęło, jednak na 25 km nie miałem już złudzeń. Ból był na tyle duży, że wszelkiego rodzaju zbiegi stanowiły problem. Musiałem przez to schodzić bokiem, a dziwne ułożenie stopy sprawiało, że uderzałem kostką o but. Nie chciałem ryzykować kolejnego problemu, więc około 8 rano wykonałem telefon do naszych dziewczyn, aby na przepak w Cisnej przyniosły mi wkładkę z mojego lewego buta (wiem, niecodzienna prośba jak na telefon który budzi cię ze snu). Liczyłem, że podniesienie stopy sprawi, że nie będę obijał kostką o but. Już przed samą Cisną, która znajdowała się na 34 kilometrze, moje morale były bardzo słabe. Nawet schodzenie w dół sprawiało mi duży problem. Starałem się jakoś to obejść, schodząc bokiem czy lekko skacząc (musiałem komicznie wyglądać). \u0026ldquo;Przecież to wszystko bez sensu. Już nie mogę zbiegać, a mam przed sobą jeszcze 50 kilometrów\u0026rdquo;. Po dotarciu na miejsce, poszliśmy po depozyt, który zostawiliśmy na punkcie. Mój był dziwnie lepki, jak okazało się przez to, że rozszczelnił się jeden z zapasowych żeli. To była kolejna dobijająca rzecz. Poszedłem do ratownika medycznego i spytałem czy może coś poradzić na moje kolano. Niestety był w stanie tylko je schłodzić. Poradził, że jeśli ból się utrzyma, powinienem zejść z trasy, bo nie ma sensu narażać się na trwały uraz albo nawet operację. Ciężko było odmówić mu racji, ale z racji, że byliśmy drużyną ciążyła na mnie też odpowiedzialność za Mikołaja i Huberta. Gybym wtedy zrezygnował, oni też byliby zdyskwalifikowani, dlatego musiałem dalej walczyć. Najbardziej bałem się jednak o moje kolano, bo nie wiedziałem do końca jaka przypadłość je dotyka.\nPo uzupełnieniu zapasów i włożenia wkładki do buta, uzbrojeni już w kijki trekingowe, ruszyliśmy dalej.\nTwoja przeglądarka nie odtworzy tego nagrania. Pobierz plik.\ni kolejny\u0026hellip; # Starałem się opierać jak największy ciężar na kijkach licząc, że pomoże to mojemu kolanu. To była moja jedyna nadzieja na tamten moment. Dość szybko dotarliśmy do pierwszego podejścia i - o matko. Poprzednie górki były duże, ale ta stromizna naprawdę dała nam w kość. Na podejściach na szczęście nic mnie nie bolało. Moje morale wzrosły widząc, że całkiem sprawnie pokonuję to podejście (jeśli można tak nazwać tempo 25 km/h). Na tym podejściu ujawniły się pierwsze problemy moich kompanów, ponieważ Mikołaj zaczął mieć problem z Achillesami. Niedługo później, gdy już byliśmy na szczycie, moje kolano zaczęło robić kolejne problemy. Nie potrzebowałem już zbiegów, żeby mnie bolało - płaski teren wystarczył. Nie mogłem biec, mimo, że starałem się zaciskać zęby. Wtedy pojawił się u mnie 2 poważny kryzys na tych zawodach. \u0026ldquo;Jaki jest sens kontynuować, skoro nie mogę biec? Przecież nie zdążymy na czas ukończyć zawodów.\u0026rdquo; - myślałem sobie. Zaczęliśmy myśleć co zrobić w tej sytuacji. Moje morale szorowały po ziemi i w tym momencie miałem naprawdę dużą ochotę skończyć te zawody. Nie chciałem jednak, żeby to była moja decyzja, w końcu zależał od tego też los chłopaków. Nikomu z nas nie mogły jednak przejść przez gardło słowa o poddaniu się. Byliśmy na 44 kilometrze, a na 48 miał być kolejny punkt żywieniowy. \u0026ldquo;Dobiegniemy tam i zobaczymy co dalej.\u0026rdquo;. W końcu i tak musiałbym jakoś się wydostać z tej dziczy. Zgodziłem się. Aby trochę sobie ulżyć, wziąłem tabletkę przeciwbólową. O dziwo zadziałało to całkiem nieźle, bo sprawniej zacząłem napierać do przodu. Ból nie zniknął, ale starałem się szybko maszerować. Moje morale zaczęły się poprawiać widząc jakie miałem tempo, bo dalej istniała sznasa na zmieszczenie się w limicie czasu. W międzyczasie, rozmawiając z innymi zawodnikami odkryłem co mi dolegało. To tak zwany ITBS, czyli Zespół Pasma Biodrowo-Piszczelowego, nazywany potocznie kolanem biegacza. Wynika ze zbyt dużego napięcia zewnętrznej strony pasma i zbyt słabych pośladków. Wszystkie objawy pasowały do tych doświadczanych przeze mnie. Pokrzepiła mnie jednak informacja, że to nie jest uraz który doprowadzi do trwałego uszkodzenia kolana i operacji. Dzięki temu jakoś od razu lepiej mi się maszerowało.\nJadąc na tej fali pozytywnych informacji nie zdecydowaliśmy się na koniec w punkcie, który finalnie był na 51, a nie 48 kilometrze, i kontynuowaliśmy zawody.\nTwoja przeglądarka nie odtworzy tego nagrania. Pobierz plik.\ni kolejny. # Przed punktem na 70 kilometrze był długi i stromy zbieg. Pokonanie go zajęło mi zdecydowanie zbyt dużo czas i to doprowadziło do kolejnej fali pytań typu: \u0026ldquo;Czy to ma sens? W tym tempie nie zdążę na metę do 20.\u0026rdquo; Na punkcie zacząłem opowiadać o tym chłopakom. Usłyszał o tym jeden z organizatorów, który nalewał biegaczom zupy na punkcie, i powiedział, że wcale nie musimy dotrzeć na metę do 20. Wystarczy, że wybiegniemy z ostatniego punktu przed wyznaczonym czasem, a nikt już nas nie cofnie i na mecie najprawdopodobniej dostaniemy medale. Ta informacja błyskawicznie zmieniła moje nastawienia i włączyła focus na kolejny cel. Szybko zjedliśmy, uzupełniliśmy zapasy i wyruszyliśmy do ostatniego punktu, który znajdował się na 79 kilometrze. Na dotarcie tam mieliśmy około 2 godzin, a przy tym profilu trasy nie było to takie proste. Po drodze czekała nas jeszcze jedna stroma góra, z równie stromym zejściem po piaskowych koleinach. Na tym etapie zaczęły mi się pojawiać zwidy, że w lesie jest jakaś twierdza, podczas gdy były to zwykłe drzewa.\nDo punktu dotarliśmy 10 min przed limitem, więc nie rozsiadaliśmy się na nim za bardzo. Szybko ruszyliśmy dalej, na najbardziej błotnisty odcinek trasy. Ostatnim podejściem było maszerowanie po mokrej glinie, które sprawiło, że nasze buty wyglądały jak po wsadzeniu do betoniarki. Nie przejmowaliśmy się już tempem, bo mieliśmy wizję końca przed sobą, dlatego pokonanie ostatnich kilometrów zajęło nam jakoś absurdalnie długo.\nNa metę weszliśmy o 20.50, ciesząc się, że udało nam się pokonać tak wiele przeciwności po drodze. Nie miałem do tej pory zawodów, z których faktycznie rozważałem rezygnacje, więc ukończenie ich smakowało wyjątkowo dobrze.\nPiękne bieszczady # Wyżej rozpisywałem się głównie o trudnościach biegu, ale muszę też wspomnieć o wyjątkowości terenu na jakim rozgrywają się te zawody. W Bieszczadach zieleń jest jakby bardziej intensywna. Czuć, że ten teren nie jest niszczony przez człowieka i bieg w nim był czystą przyjemnością. Jedyny minus to monotonia, bo w odróżnieniu od Tatr, większość gór przez które biegliśmy, niczym się nie wyróżniała, i zlewały się w jeden obraz. Ładny co prawda, ale jednak.\nCzego nauczyło mnie pierwsze ultra? # Kryzysy # Zawody ultra to tak naprawdę kilka kryzysów oddzielonych okresami lepszego samopoczucia. Ważne, żeby wytrzymać ten jedne kryzys, który jest w tym momencie, bo nie będzie on trwał wiecznie, nawet jeśli tak nam się wydaje.\nWoreczki strunowe # Zabranie prowiantu na całodniowe zawody jest niewykonalne, dlatego najlepiej posiłkować się tym co jest na punktach żywieniowych. Od połowy zawodów, nie jadłem już żadnych swoich żeli energetycznych, tylko jedzenie, które zabrałem w woreczki strunowe z punktów.\nKijki trekingowe są obowiązkowe # Jeszcze jakiś czas temu traktowałem kijki trekingowe jako zbędny dodatek, a osób ich używających nie nazwałbym prawdziwymi biegaczami, jednak po tych zawodach zmieniłem zdanie. W biegach górskich używanie ich bardzo pomaga. Miałem szczęście, że bardziej doświadczony kolega mi je polecił, bo inaczej ukończenie tych zawodów, stało by pod znakiem zapytania.\nNie patrz na tempo # Nasze ego często cierpi gdy biegniemy zbyt wolno, jednak w przypadku ultramaratonów nie może to wpłynąć na naszą strategię. Z każdym kolejnym kilometrem jest coraz ciężej, więc nie ma co bez sensu obciążać nóg.\nSkurcze # Nie jest to może coś czego nauczyłem się na tym biegu, ale traktuję tą sekcję jako protipy, więc się podzielę. Kiedyś miałem problem ze skurczami, ale udało mi się go załatwić kupując magnez w płynie i dolewając go w dużych ilościach do flasków na zawodach. Z racji, że uzupełniałem wodę, z punktów odżywczych, to miałem ze sobą małą fiolkę z bardzo dużą dawką takiego magnezu z solą i rozcięczałem ją w kolejnych flaskach. Zadziałało, bo pomimo pompy na nogach nie miałem skurczów.\n","date":"5 czerwca 2026","externalUrl":null,"permalink":"/sport/pierwszy-ultramaraton/","section":"Sport","summary":"Podsumowanie mojego pierwszego ultramaratonu jakim był Bieg Rzeźnika oraz czego się z niego nauczyłem.","title":"Czego nauczyło mnie pierwsze ultra?","type":"sport"},{"content":"","date":"5 czerwca 2026","externalUrl":null,"permalink":"/tags/ultramaraton/","section":"Tags","summary":"","title":"Ultramaraton","type":"tags"},{"content":"","date":"5 czerwca 2026","externalUrl":null,"permalink":"/tags/zawody/","section":"Tags","summary":"","title":"Zawody","type":"tags"},{"content":"","date":"8 maja 2026","externalUrl":null,"permalink":"/tags/indeks/","section":"Tags","summary":"","title":"Indeks","type":"tags"},{"content":"","date":"8 maja 2026","externalUrl":null,"permalink":"/categories/inwestycje/","section":"Categories","summary":"","title":"Inwestycje","type":"categories"},{"content":"","date":"8 maja 2026","externalUrl":null,"permalink":"/inwestowanie/","section":"Inwestycje","summary":"","title":"Inwestycje","type":"inwestowanie"},{"content":"","date":"8 maja 2026","externalUrl":null,"permalink":"/tags/inwestycje/","section":"Tags","summary":"","title":"Inwestycje","type":"tags"},{"content":"","date":"8 maja 2026","externalUrl":null,"permalink":"/tags/podstawy/","section":"Tags","summary":"","title":"Podstawy","type":"tags"},{"content":"To nie jest porada inwestycyjna — to moje notatki. Decyzje podejmuj sam i na własną odpowiedzialność.\nProcent składany to sposób oprocentowania kapitału, polgający na tym, że kwota otrzymana z odsetek od pierwotnego kapitału, jest do niego dodawana i ich suma jest podstawą do ponownego oprocentowania w kolejnym okresie rozliczeniowy.\nBrzmi skomplikowanie, więc użyję przykładu, żeby było to bardziej czytelne. W tym celu porównam 2 rodzaje oprocentowania: składane i proste.\nZałóżmy, że mamy konto oszczędnościowe wypłacające 2% odsetek rocznie, na które wkładamy 10 tyś zł na 10 lat.\nProcent prosty # W jego przypadku co roku na nasze główne konto dostawalibyśmy 2 procent zainwestowanej kwoty, czyli 10 000 zł * 2% = 200 zł. Po 10 latach z odsetek mielibyśmy 10 * 200 = 2000zł, czyli łącznie nasz zainwestowany kapitał wynosi teraz 12 000 zł (wzrósł o 20%).\nProcent składany # W tym przypadku zarobione odsetki nie są wysyłane na nasze główne konto, ale zostają na oszczędnościowym, przez co co roku dostajemy odsetki nie tylko od zainwestowanej kwoty, ale także od już wypłaconych odsetek. Dla naszego przypadku wartość konta oszczędnościowego rośnie w następujący sposób:\n1 rok: 10 000 * 2% = 200 zł → na koncie 10 200 zł 2 rok: (10 000 + 200) * 2% = 204 zł → na koncie 10 404 zł 3 rok: (10 000 + 200 + 204) * 2% = 208,08 zł → na koncie 10 612,08 zł Pewnie widzisz już o co chodzi: podstawa naliczania odsetek co roku jest trochę większa, więc same odsetki też co roku rosną. Liczenie tego może być męczące, ale na szczęście można to zapisać krócej, wzorem:\nkapitał * (1 + oprocentowanie) ^ liczba lat\nDla naszego przykładu to 10 000 * 1,02^10. Kolejne lata wyglądają więc tak:\n4 rok: 212,24 zł odsetek → na koncie 10 824,32 zł 5 rok: 216,49 zł odsetek → na koncie 11 040,81 zł 6 rok: 220,82 zł odsetek → na koncie 11 261,62 zł 7 rok: 225,23 zł odsetek → na koncie 11 486,86 zł 8 rok: 229,74 zł odsetek → na koncie 11 716,59 zł 9 rok: 234,33 zł odsetek → na koncie 11 950,93 zł 10 rok: 239,02 zł odsetek → na koncie 12 189,94 zł W ostatnim roku dostaliśmy 239,02 zł odsetek zamiast 200 zł, mimo że sami nie dołożyliśmy ani złotówki. Łącznie z odsetek uzbierało się 2 189,94 zł, czyli kapitał wzrósł o 21,9% zamiast o 20% jak przy procencie prostym.\n12 189,94 zł na koncie po 10 latach 2 189,94 zł same odsetki \u0026#43;189,94 zł więcej niż procent prosty Co w tym niezwykłego? # Szczerze? Po 10 latach przy 2% różnica to niecałe 190 zł. Na ósmy cud świata to raczej nie wygląda. Cała sztuczka polega na tym, że procent składany rośnie wykładniczo, a wykładniczo znaczy, że coraz szybciej. Potrzebuje dwóch rzeczy: czasu i sensownego oprocentowania. W naszym przykładzie z kontem oszczędnościowym tego nie widać, ale posłużmy się innym przykładem - akcji.\nNa przestrzeni ostatnich 100 lat, rynek akcji rósł średniorocznie około 10%. Ten procent wydaje się już sensowniejszy.\nPoliczmy zatem:\n1 rok: wzrost o 1 000 zł → na koncie 11 000 zł 2 rok: wzrost o 1 100 zł → na koncie 12 100 zł \u0026hellip; 5 rok: wzrost o 1 464,10 zł → na koncie 16 105,10 zł \u0026hellip; 10 rok: wzrost o 2 357,95 zł → na koncie 25 937,42 zł \u0026hellip; 30 rok: wzrost o 15 863,09 zł → na koncie 174 494,02 zł \u0026hellip; 40 rok: wzrost o 41 144,78 zł → na koncie 452 592,56 zł Całkiem fajnie jak na zainwestowane tylko 10 000 zł co nie? Przy procencie prostym po 40 latach mielibyśmy 50 000 zł (10 000 zł kapitału i 40 * 1 000 zł odsetek). Przy składanym — ponad 452 tysiące, czyli ponad 9 razy więcej. I pamiętamy, że nie dokładaliśmy w tym czasie ani złotówki. To już chyba można nazwać magią.\nTa sama wpłata 10 000 zł przy 10% rocznie — krzywa przez pierwsze lata ledwo odkleja się od zera, żeby pod koniec wystrzelić w górę 452 593 zł procent składany po 40 latach 50 000 zł procent prosty po 40 latach 9x tyle razy większa różnica Kiedy o tym myślę, świecą mi się oczy, ale wiem, że nie wszyscy tak mają. Dla niektórych horyzont inwestycyjny 40 lat jest po prostu zbyt abstrakcyjny i nic dziwnego, bo ludzie raczej preferują natychmiastowe nagrody. Pamiętając jednak o wnioskach z wielu badań naukowych, m.in. sławnego \u0026ldquo;marshmallow test\u0026rdquo; , osoby potrawiące odłożyć nagrodę w czasie, zwykle lepiej radzą sobie w życiu.\n","date":"8 maja 2026","externalUrl":null,"permalink":"/inwestowanie/procent-skladany/","section":"Inwestycje","summary":"Czym jest procent składany i dlaczego jest nazywany ósmym cudem świata?","title":"Procent składany - czyli ósmy cud świata","type":"inwestowanie"},{"content":"","externalUrl":null,"permalink":"/zdrowie/","section":"Zdrowie","summary":"","title":"Zdrowie","type":"zdrowie"}]