Przewiń do głównej treści
Sport

Czy ta droga jest przeklęta?! Moje wspomnienia z North Coast 500

Maciek
Maciek 2 Aug 2026 · 14 min

Czym jest North Coast 500?
#

Z każdym rokiem wybieranie trasy rowerowej jest dla nas coraz trudniejsze. W Polsce objechaliśmy już wszystko, co chcieliśmy, a wyjazdy za granicę, w których jazdę zaczynalibyśmy w Polsce, trwałyby zbyt długo, dlatego naturalnie zaczęliśmy patrzeć na miejsca, do których można dolecieć samolotem. Nie chcieliśmy jednak, żeby było to zbyt drogie i wymagało przesiadek. Jedną z rzeczy, które zaproponowałem podczas planowania, była Wielka Brytania. Da się tam dolecieć bez przesiadek, nie będzie upałów latem, a przewyższenia też nie napawały grozą tak jak szwajcarskie Alpy. Nie miałem wtedy na myśli żadnej konkretnej trasy — bardziej myślałem o południu kraju. Po czasie, gdy ten pomysł zakiełkował, Hubert B. zaproponował trasę NC500. Jeśli wcześniej o niej nie słyszeliście, to nie jesteście wyjątkiem, bo mi ta nazwa też nic nie mówiła.

NC500, czyli North Coast 500, to trasa widokowa okrążająca północną Szkocję, licząca sobie około 500 mil (dokładnie 516 mil / 830 km) — stąd „pięćset” w nazwie. Zaczyna się i kończy w Inverness. Prowadzi przez górzyste tereny północnych Highlands w Szkocji, a większość trasy biegnie wzdłuż wybrzeża. Wtedy jeszcze nie do końca zdawałem sobie sprawę, z czym będzie się to wiązać, ale spodobał mi się ten pomysł.

Logistyka
#

Jedną z rzeczy, która w poprzednich latach powstrzymywała nas przed takimi wypadami, była niepewność, skąd wytrzaśniemy kartony do zapakowania rowerów na lot powrotny. Wymogi są takie, że aby lecieć samolotem z rowerem, trzeba go rozkręcić i zapakować w karton o określonych wymiarach i wadze nieprzekraczającej zwykle 30 kg. W tym przypadku logistyka byłaby prostsza, bo start i koniec naszej przygody zaplanowaliśmy na Edynburg, do którego łatwo było się dostać samolotem. To dawało nam całkiem dużo opcji, od zostawienia kartonów, z którymi przylecieliśmy z Polski, po znalezienie nowych w licznych sklepach rowerowych w mieście.

Z racji tego, że start oficjalnej trasy znajduje się w Inverness, musieliśmy się tam jakoś dostać. Dla zaoszczędzenia czasu wybraliśmy pociąg. Tamtejsze koleje zwykle mieszczą do 6 rowerów, a nas była piątka, więc bilety musieliśmy kupić z dużym wyprzedzeniem. Kupowaliśmy je przez aplikację {tu nazwa strony}, jeśli to komuś kiedyś pomoże.

Jak co roku planowaliśmy spać na dziko. W Szkocji jest to legalne, więc problem ukrywania się w lasach po nocy mieliśmy z głowy.

W tym roku też pierwszy raz zdecydowaliśmy się na wzięcie palników, żeby móc sobie zagotować wodę w obozach. Butle z gazem planowaliśmy kupić w Edynburgu.

Trudne początki
#

Problemy zaczęły się jeszcze przed wylotem z Polski. Podczas odkręcania przedniego koła w moim rowerze wyrobił mi się gwint w ośce, przez co nie mogłem odkręcić koła i mój rower nie mieścił się w kartonie. Na nic zdały się wszelkie próby odkręcania innych części roweru. Dodam, że cała sytuacja miała miejsce o godzinie 13, a lot mieliśmy o 16:50. Próbując zachować zimną krew, znalazłem najbliższy serwis rowerowy i dynamicznie poprowadziłem do niego rower (po wyjściu z mieszkania zorientowałem się, że pedały przecież zdążyłem już odkręcić ;) ). Gdy w końcu dotarłem na miejsce, zobaczyłem napis „Czasowo zamknięte”. Klasyka. Wyjmuję telefon i szukam kolejnego… 700 m. Okej, biegnę. Na miejscu dowiaduję się od właściciela, że jedyną opcją jest wywiercenie ośki i to robota na 1-2 dni. Nie mam tyle czasu. Szukam kolejnego serwisu z nadzieją, że może gość się pomylił… kolejne 700 m. Tutaj niestety słyszę to samo. Jestem zrezygnowany. Nie wiem, co robić. Piszę chłopakom, jak wygląda sytuacja. Już praktycznie pogodziłem się z tym, że nie polecę. Na szczęście w takich chwilach zawziętość kumpli potrafi pokrzepić na duchu. To, ile propozycji rozwiązania tego problemu zaczęli mi pisać — choć praktycznie na wszystkie sam wcześniej wpadłem — na tyle obudziło we mnie ponownie nadzieję, że zdecydowałem się na odkręcenie tylnego koła i pojechanie na lotnisko pomimo sztycy wystającej z kartonu. „Jeśli nie przejdę kontroli, to trudno. Przynajmniej spróbowałem” — myślałem sobie. Przez całe to zamieszanie na lotnisko dotarłem dość późno, ale chłopacy znowu stanęli na wysokości zadania, pomagając mi szybko okleić karton i włożyć go na taśmę bagażową. Przeszło!! Udało się nadać bagaż 10 min przed czasem, czyli jakieś 20 min szybciej niż w poprzednim roku ;).

Kiedy wylądowaliśmy w Edynburgu i zaczęliśmy skręcać nasze rowery, pojawił się kolejny problem. Aby jak najbardziej zmniejszyć element wystający z kartonu, odkręciliśmy sztycę w moim rowerze. Wtedy nie dało to za dużo, a dodatkowo teraz nie mogliśmy jej poprawnie skręcić. Męczyliśmy się jakieś 3 godziny i w końcu zdecydowaliśmy, że jedyną sensowną opcją będzie pojechanie do serwisu już po dotarciu do Inverness.

W Wielkiej Brytanii panuje ruch lewostronny i nie powiem, mieliśmy chwilę głupiej radochy, ucząc się jechać tą stroną ulicy zaraz po wyjściu z lotniska. Jadąc na moim rowerze, czułem się jak na młocie pneumatycznym. Starałem się naprawdę uważać, bo czułem, że może mi się cały rozlecieć. Było na tyle późno, że jedyną rzeczą, którą zrobiliśmy jeszcze tego dnia, było pójście coś zjeść i znalezienie miejsca na obóz. Jak na centrum miasta nie było to wcale takie trudne.

Z samego rana, zaraz po złożeniu obozu, rozdzieliliśmy się na 2 grupy. Hubert ^2 i Mikołaj pojechali do Decathlonu kupić butle z gazem i liofy, a ja z Michałem — odebrać bilety na stację kolejową. Następne pół dnia zleciało nam na jeździe pociągiem, podziwianiu widoków i planowaniu następnych wyzwań.

Zaraz po dotarciu do Inverness wyruszyłem do serwisu rowerowego z nadzieją, że uda się załatwić mój problem. Na szczęście właściciel okazał się wyjątkowo pomocny. Chyba nieraz spotykał się już z tym problemem, bo naprawił mój rower w dosłownie kilka minut. Gdyby ktoś również miał problemy ze swoim sprzętem, to polecam jego serwis: Racecraft Bikes w Inverness ( https://share.google/PAOyh1cszmvx3IIfl ). Po tym wszystkim mogliśmy już w spokoju przejść do kolejnego etapu: zrobić zapasy, dokupić siatki i spraye na midges w lokalnym sklepie survivalowym i w końcu rozpocząć jazdę. Zaczęliśmy dość późno, więc tego dnia udało nam się przejechać zaledwie 50 km. Problemem okazało się też szukanie miejsca na nocleg. Jak wcześniej wspominałem, w Szkocji można spać na dziko, więc spodziewaliśmy się, że szybko znajdziemy jakąś polanę, na której będziemy mogli rozbić namioty, ale się mocno przeliczyliśmy. Na tym odcinku trasy każdy skrawek łąki był ogrodzony płotem. Wszystko było terenem prywatnym i długo jechaliśmy w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego. Ostatecznie zrezygnowani rozbiliśmy się na parkingu obok drogi krajowej. Nie było to zbyt komfortowe miejsce, ale przynajmniej nikt nas stamtąd nie pogonił.

Ja i nasza mała prowizorka
Ja i nasza mała prowizorka
Biwak na parkingu
Biwak na parkingu

Scotland is not for beginners
#

Trasa nieźle dała nam w kość. Po części dlatego, że jest na niej dużo przewyższeń, ale także z powodu ciągłego dyskomfortu, jaki zapewniała nam szkocka pogoda i muszki midges. Dodając do tego lawinę usterek, nic dziwnego, że morale na trasie nie było zbyt wysokie.

Pogoda
#

Wielka Brytania jako wyspa ma łagodniejszy klimat, ale za to częstsze deszcze i wiatr. Wiedzieliśmy, że taka pogoda będzie regułą, a nie wyjątkiem, dlatego na wyjazd zabraliśmy cały zestaw ubrań przeciwdeszczowych. Najmniej oczywistą częścią tego zestawu były osłony na buty, aby te nie przemakały. Mimo dobrej wodoodporności naszych zestawów przy większych ulewach nie było na nas suchej nitki.

Prognozy pogody nie działają w Szkocji
Prognozy pogody nie działają w Szkocji

Podjazdy
#

Brytyjczycy mają oko do wymownych nazw. Nie inaczej jest z nazwą Highlands, która dobrze oddaje specyfikę tego terenu. Przy dziennych dystansach od 70 do 130 km przewyższenie w każdym dniu wynosiło około 1500 m. Raz były to częstsze, krótsze, gwałtowne wzniesienia, sprawiające wrażenie jazdy po tarce, a raz długie, ciągnące się kilometrami podjazdy. Największy z nich mieliśmy w drugim dniu jazdy — na 8 km zafundował nam przewyższenie 640 m. Pokonanie całego zajęło nam chyba 2 godziny.

Największy podjazd na trasie
Największy podjazd na trasie
Na szczycie
Na szczycie
Widoki po drugiej stronie były tego warte
Widoki po drugiej stronie były tego warte

Midges - czyli te wstrętne muszki
#

Jeśli w okresie letnim planujesz wybrać się do północnej Szkocji, to rzeczą obowiązkową jest przygotowanie się na midges. Są to małe muchy, których rozmiary nie przekraczają zwykle 3 milimetrów. Latają w prawdziwych chmarach i gryzą jak nasze komary. Jest to prawdziwa udręka zarówno rano, jak i wieczorem. Jeśli masz odkrytą choć drobną część ciała, bardzo szybko to zauważą i zaczną cię gryźć.

W większości sklepów w Highlands można kupić specjalne spraye i siatki przeciwko tym owadom. Po zobaczeniu nagrań, jak wyglądają całe chmary midges, postanowiliśmy się dobrze przygotować i kupić 2 rodzaje sprayów. Niestety, jak się później okazało, nie dawały one zbyt wiele. Jedyną skuteczną ochroną było całkowite zakrycie całego ciała, w tym także twarzy za pomocą specjalnej siatki, i (jeśli nie było konieczności wychodzenia) siedzenie w namiocie.

Gang pszczelarzy gotowy do drogi
Gang pszczelarzy gotowy do drogi

Upadek i odrodzenie
#

Mniej więcej w połowie naszej trasy leżała miejscowość o nazwie Ullapool — niewielkie miasteczko liczące około 1300 mieszkańców i mogące pochwalić się całkiem imponującym portem. W okolicy nie znajdowała się już żadna większa miejscowość i — co dla tej historii istotniejsze — było to ostatnie miejsce, skąd moglibyśmy wrócić autobusem do Inverness. Później najbliższą miejscowością było Thurso, oddalone o około 230 km.

W pierwszych dniach trasy nasze morale były dość słabe. Do bycia przemoczonym całymi dniami i wszystkiego opisanego powyżej doszły kolejne usterki rowerowe, tym razem w rowerze Mikołaja. Pękły mu 2 śruby podtrzymujące bagażnik, więc obawiając się jego zerwania, nie mógł już dłużej wozić na nim sakw. Najbliższy serwis był dopiero w Ullapool, więc do tego czasu jedną sakwę wiózł Michał, zgadzając się na dodatkowe kilogramy, a drugą Mikołaj wziął na plecy jak plecak. Drugą usterką w jego rowerze były zepsute przerzutki. Zacięły się na najniższym biegu, więc przez ponad jeden dzień nogi Mikołaja obracały się jak chomiki w kołowrotku. O dziwo, ta usterka okazała się nie być aż tak uciążliwa — prawie wcale nie jeździliśmy po płaskim, pod górę wjeżdżało się na najniższym biegu, a zjeżdżało już i tak bez pedałowania. Jeśli jednak zdarzyły się jakieś płaskie odcinki, to wyraźnie zostawał w tyle.

Dodatkowo w międzyczasie rozszczelnił się woreczek, w którym woziłem kawę. Z racji tego, że przez ciągłe ulewy mój plecak był stale mokry, taka kombinacja zaowocowała oblepieniem go ciemną i lepką mazią.

Michał, który musiał wozić dodatkowy ciężar i którego podjazdy mocniej dobijały, miał z kolei problem z namiotem, który nie był wystarczająco wodoszczelny na szkocką pogodę. Dlatego nie dość, że moknął cały dzień, to jeszcze nocami nie miał okazji wyschnąć. To było bardzo dołujące.

Dlaczego o tym wszystkim wspominam? Dlatego, że na tamten moment wizja skończenia trasy w tym miejscu wydawała nam się bardzo kusząca, a w pewnym stopniu nawet bardzo rozsądna. Jeśli nie uda się naprawić roweru Mikołaja w Ullapool, dalsza jazda może się dla nas naprawdę źle skończyć, bo nie będziemy mieli zapasu.

Michał podjął decyzję, że zostaje. Weźmie sobie nocleg, wyschnie i w piątek wróci autobusem do Inverness. My czekaliśmy na rozwój wypadków z rowerem Mikołaja. Jeśli Michał nie jedzie dalej, to bez sprawnego bagażnika, Mikołaj i tak sam się nie zabierze z sakwami. Rozbiliśmy sobie mały obóz przed serwisem rowerowym i negocjowaliśmy, jak rozegrać dalszą trasę. W tamtym momencie to ja byłem osobą, która optowała za tym, żeby jak najbardziej skrócić drogę. Nie chciałem ryzykować, że jeszcze coś się posypie. Głosowałem, żeby pojechać do Inverness rowerami (jakieś 140 km na 2,5 dnia jazdy). Wiem, że to mało, ale wolałem dmuchać na zimne. Kusząca wydawała mi się też wizja zostania z Michałem, ale bałem się, co dalej wymyślą chłopacy. Z ich charakterem skończenie tej trasy nadal było realne, a przecież nie mogłem pozwolić, żeby to zrobili beze mnie. Po 30 km znajdowało się rozwidlenie, na którym można było wybrać, czy jedziemy w stronę Inverness, czy dalej trasą NC500. Zdecydowaliśmy, że to wystarczający dystans, żeby przetestować rower Mikołaja po naprawie. Jeśli będzie z nim coś nie tak, to od razu pojedziemy w stronę Inverness, a jeśli wszystko będzie dobrze, jedziemy dalej, aż do Thurso, skąd wrócimy pociągiem do Inverness.

Gdy dotarliśmy do owego rozwidlenia i z rowerem było wszystko ok, wiedziałem, że krótsza opcja nie wchodzi w grę. Byłem już z tym pogodzony. Czułem jednak, że coś nie gra, i miałem rację, bo okazało się, że chłopacy mają kolejny szalony pomysł. Chcieli pojechać do Melvich (miasto położone przed Thurso), a następnie pojechać w dół, ścinając część NC500, żeby potem znowu się do niej połączyć i dojechać tak do Inverness. Bez pociągu. Pomysł wydawał się absurdalny, bo zakładał przejechanie przez 2,5 dnia 300 km, czyli tyle, ile zrobiliśmy przez pierwsze 4 dni. Słysząc to, poświęciłem dobrą chwilę na powyzywanie chłopaków. Potem pomysł zaczął mi się podobać. Trochę to dziwne, bo przez ostatnie dni to ja byłem głównym namawiającym do skrócenia trasy, ale taka już chyba moja natura — koniec końców lubię szalone pomysły. Zgodziłem się, ale miałem jeden warunek — musieliśmy kupić w tym momencie bilety na pociąg z Thurso do Inverness. Miała to być opcja awaryjna, na wypadek gdyby coś się wysypało, bo w tamtych rejonach nie było już innej opcji. Kupiliśmy więc bilety i wyruszyliśmy w drogę. Z perspektywy czasu się z tego cieszę, bo reszta dnia miała nam zafundować zdecydowanie najpiękniejsze widoki na tej trasie.

Po lewej Michał z pierwszą sakwą, a po prawej Mikołaj ze swoją drugą sakwą na plecach
Mój plecak w kawowej mazi
Mój plecak w kawowej mazi
W oczekiwaniu na rower Mikołaja
W oczekiwaniu na rower Mikołaja

Krajobrazy
#

Nie będę się w tym punkcie rozpisywał. Szkocja bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Nie sądziłem, że zobaczę tu tak monumentalne miejsca. Tak - monumentalne. Czułem się momentami, jakbym oglądał wielki kanion lub szwajcarskie Alpy. Najwięcej takich widoków było w 5. dniu naszej trasy, pomiędzy Ullapool a Durness. Jeśli ktoś z was będzie miał okazję odwiedzić tę część Highlands, to musicie to zobaczyć.

Jedzenie i picie w Highlands
#

Highlands są trochę jak Bieszczady. Wszędzie jest daleko. Jadąc główną drogą, zdarzało nam się, że między dwoma sklepami mieliśmy cały dzień jazdy. Z tego powodu staraliśmy się mieć w sakwach zawsze zapas jedzenia i przynajmniej 3 litry wody na osobę, jednak nawet to nie zawsze wystarczało. W kryzysowych sytuacjach pytaliśmy o wodę w innych miejscach, np. na campingach. Zdarzało się, że lokalsi udostępniali nam kran, żebyśmy mogli uzupełnić zapasy wody. Stało się tak np. wtedy, gdy zatrzymaliśmy się przed pizzerią. Dojechaliśmy do niej dosłownie chwilę przed zamknięciem, więc właściciel nie zdążyłby nam już nic zrobić, ale powiedział, że możemy uzupełnić swoje zapasy wody.

Przez to, że do wszystkiego było daleko, świetnie sprawdzały się kuchenki gazowe, które mieli Hubert i Mikołaj. Naszą poranną rutyną było gotowanie sobie wody na kawę. Dodawało to klimatu biwakowaniu.

Na wypadek gdyby w dzień nie udało nam się zjeść niczego ciepłego, mieliśmy ze sobą jedzenie liofilizowane, czyli po prostu zwykłe posiłki z usuniętą z nich wodą. Aby je przyrządzić, wystarczy zalać je wrzątkiem i voilà. Gotowe.

Kawa to była nasza poranna rutyna
Kawa to była nasza poranna rutyna
Liofy
Biwakowa rzeczywistość

Szkocka gościnność
#

Czy kojarzyliście kiedyś Szkotów z gościnnością? My do tej pory też nie, ale po tym wyjeździe to się zmieni. Znaczna większość osób, które spotkaliśmy na tym wyjeździe, okazała nam dużą życzliwość i chętnie pomagała, nawet gdy o to nie prosiliśmy. Nieliczne przypadki osób, które zachowały się w stosunku do nas niefajnie, można policzyć na palcach jednej ręki. Poniżej kilka przykładów szkockiej gościnności:

  • Pani, u której kupiliśmy kanapki, za darmo dała nam chipsy, a potem jeszcze doniosła popcorn
  • Sklepikarz pozwolił nam nalać sobie wody ze sklepowego kranu, gdy nam się kończyła
  • Ludzie często klaskali i kibicowali nam, gdy jechaliśmy na rowerach. Momentami naprawdę było czuć, że mają do nas wielki szacun, że robimy tę trasę. Nawet trąbienie na nas było jakieś pozytywne.
  • 2 serwisy rowerowe okazały się bardzo pomocne. W pierwszym mój rower został naprawiony w kilka minut, a w drugim właściciel spędził z nami kilka godzin, naprawiając rower Mikołaja. Doradzał nam przy okazji, jak powinniśmy pojechać dalej.

Rzeczy, które się wysypały
#

  • Wyszczerbiona oś w przednim kole
  • Obluzowany widelec
  • Pęknięte śruby od bagażnika
  • Zepsute tylne przerzutki
  • Przeciekający namiot
  • Kawowa maź w plecaku
  • Ugryzienie przez kleszcza
  • Przeziębienie w trakcie wyjazdu
  • Zgubiony paszport
  • Rozcięty palec
  • Zbyt duży powerbank na lotnisku
  • Zostawiona kurtka na lotnisku

Więcej nie pamiętam, wszystkich bardzo żałuję

Protipy
#

Wydźwięk mojego wpisu jest dość pesymistyczny, jednak jeśli zachęciłem nim kogoś do zrobienia tej trasy, poniżej streszczam kilka rzeczy, o których należy pamiętać:

  • trasa zaczyna się w Inverness, a bezpośrednie loty z Polski są do Edynburga, więc ten odcinek trzeba pokonać pociągiem. Link do strony przewoźnika: {link}
  • w Szkocji spanie na dziko jest legalne, ale trzeba pamiętać, że nie wszędzie da się znaleźć miejsca wystarczająco daleko od zabudowań
  • sklepy mogą być bardzo od siebie oddalone, więc zawsze powinno się mieć przy sobie duży zapas jedzenia i picia
  • w Szkocji pogoda co chwilę się zmienia. Obowiązkowe są przeciwdeszczowe osłony na buty, spodnie i kurtka wodoodporna oraz namiot z dobrą odpornością na deszcz, najlepiej wielowarstwowy.
  • noce potrafią być naprawdę zimne, więc warto zabrać jakieś cieplejsze ubrania
  • jedyną rzeczą, która faktycznie chroni przed muszkami midges, jest zakrycie całego ciała i uwaga, żeby nie wpadły do namiotu. Siatka na twarz jest obowiązkowa. Warto też mieć rękawiczki i długie skarpety
  • po stromym podjeździe zawsze czeka nas zjazd w dół, ale jeśli masz słabe hamulce, to on też nie będzie przyjemny (znam z autopsji). Musisz być pewien swoich hamulców przed trasą.
  • Pamiętajcie, że w Szkocji obowiązuje ruch lewostronny ;)

Pokonana przez nas trasa
#

Mapa całej przejechanej przez nas trasy NC500
Granatowa to oryginalna trasa NC500, a zielona to nasza skrócona wersja
Nasza trasa NC500 — plik GPX GPX · 1.0 MB · do wgrania w licznik lub aplikację Pobierz
Maciek
Maciek
O sporcie, zdrowiu i inwestowaniu — czyli o budowaniu kapitału: tego w mięśniach i tego na koncie.