Czego nauczyło mnie pierwsze ultra?
Z roku na rok staram się podnosić poprzeczkę moich sportowych wyzwań. Przez 3 lata było to proste - wystarczyło podwajać dystans Ironmana. Zaczynałem od 1/4, po roku 1/2, a ostatecznie zrobiłem całego IM. Tym razem nie było to takie proste, bo idąc tą zasadą musiałbym teraz zabrać się za podwójnego. A szczerze mówiąc wydawało mi się to już dość nudne. Pełny IRONMAN dał mi przeświadczenie, że dystans nie jest już przeszkodą - wystarczy dyscyplina głowy, odpowiednie jedzenie i komfortowe tempo podczas zawodów. Dlatego tym razem szukałem wyzwania, którego nie byłbym pewien, czy dam radę ukończyć. I wtedy przypomniałem sobie o Biegu Rzeźnika.
Czym jest Bieg Rzeźnika?#
To jeden z najbardziej kultowych polskich ultramaratonów górskich, rozgrywający się w Bieszczadach i będący częścią festiwalu biegowego o tej samej nazwie. Dystans liczy ponad 80km w tym ponad 4000 metrów przewyższeń i jest uznawany za jeden z najtrudniejszych ultramaratonów w Polsce. Sam bieg również ma specyficzną konwencję, ponieważ dystans pokonuje się w parach, a partner nie może oddalić się na więcej niż 100 metrów. O biegu dowiedziałem się kilka lat wcześniej od kolegi z byłej pracy. Podobno na trasie rozdawali suszoną wołowinę…
Lekkie nagięcie zasad#
Razem ze mną w zawodach planowali wystartować Mikołaj i Hubert. Mimo, że znamy wielu sportowych świrów, nie udało nam się znaleźć nikogo chętnego na czwartą osobę. Szukając sposobów na rozwiązanie tego problemu przez myśl przeszło nam zapisanie się na dłuższą wersję zawodów, czyli Bieg Rzeźnika Ultra, który liczy 95 kilometrów i, co miało być kluczowe dla naszej sytuacji, nie wymaga startu w parach. Najpewniej zdecydowalibyśmy się właśnie na ten wariant, gdyby nie to, że po wymianie mailowej z organizatorami, zgodzili się zrobić dla nas wyjątek i puścić nas w trójkę.
Przygotowania#
Mój plan pod te zawody nie był wybitnie zoptymalizoway. Starałem się biegać 4-5 razy w tygodniu, i stopniowo zwięszać dystans wraz z kolejnymi tygodniami. Starałem się też przyzwyczaić moje nogi do przewyższeń, więc kilka razy wyjechałem na wypady treningowe w góry, a gdy nie mogłem, ustawiałem siłownianą bieżnię na maksymalne nachylenie i maszerowałem przez kilka kilometrów. W weekendy, gdy miałem więcej czasu, robiłem długie wybiegania. Dwukrotnie w trakcie 30km treningów z dużą liczbą podbiegów, pojawił się w moim prawym kolanie ból uniemożliwiający mi ukończenie treningu. Bardzo mnie to zaniepokoiło, więc ostatnie tygodnie przed zawodami dołożyłem intensywne rolowanie i rozciąganie nóg licząc, że to pomoże.
Przed burzą#
Start zawodów był przewidziany na piątek o 3 w nocy, więc w Cisnej zjawiliśmy się już w czwartek, żeby na spokojnie odebrać pakiety startowe i przygotować się na następny dzień. Czułem duży respekt do tych zawodów i szczerze bałem się czy na pewno uda nam sie zmieścić w 17 godzinnym limicie czasu. Jednak tylko kiedy wspólnie z chłopakami zaczęliśmy przygotowywać się do startu, od razu poczułem znajomą energię charakterystyczną dla tego momentu zaraz przed zawodami, która dała mi dużo mocy. Zaczęliśmy nawet snuć plany o tym co jeśli uda nam się ukończyć zawody do godziny 16.00. Dawałoby nam to wtedy możliwość wystartowania w wersji Hardcore, czyli Bieg Rzeźnika + 21 km. Skrajnie małoprawdopodobne jak na amatorów, ale właśnie to wydawało się najfajniejsze.
Odbierając pakiety okazało się, że organizatorzy już nas kojarzyli - byliśmy jedną z 2 trójek dopuszczonych do startu.
Na stoiskach biura zawodów upatrzyłem sobie bluzę z logiem, która miała stać się moim trofeum jeśli uda mi się ukończyć zwody.
Z odebranymi pakietami, depozytem zostawionym na przepaku w Cisnej i gotowym sprzętem, postanowiliśmy spróbować się chociaż chwilę przespać. Na to nie zostało już dużo czasu. Zjedliśmy lekkostrawną kolację i o 22 byliśmy już w łóżkach, z pobudką nastawioną na północ. Przez narastające przed startem napięcie to zdecydowanie nie był sen najlepszej jakości. Po wstaniu ubraliśmy się, załatwiliśmy, strzeliliśmy na spółę Dzika i wyruszyliśmy. Z mieszkania musieliśmy wyjść chwilę przed pierwszą w nocy, bo musieliśmy jeszcze dojść do Cisnej. Tam czekały na nas autokary do Komańczy - miejsca startu zawodów. Wyjazd o 1.30. Atmosfera starych PRL’owskich autobusów wiozących setki taktycznie ubranych biegaczy z czołówkami, kijkami trekingowymi i plecakami, robiła niesamowite wrażenie. Jadąc przez oddalone od zabudowań Bieszczadzkie drogi i patrząc na księżyc można było poczuć się jak kilkadziesiąt lat wcześniej. Na miejscu zastał nas zespół grający gitarową muzykę, a nasz tłum biegaczy robił ostatnie przygotowania. Zaraz wszystko miało się zacząć.

Miłe złego początki#
Równo o 3.00 wystartowaliśmy. Pierwsze kilometry prowadziły po betonowych płytach, a wzniesienia były tylko symboliczne. Mimo to, pamiętając przeczytane wcześniej rady o ultra, pozwalaliśmy sobie na marsz. Zresztą, nie tylko my, bo na podejściach cała fala innych zawodników robiła to samo. Mimo to, czując się świetnie, udało nam się ich wyprzedzać. Na tym etapie pozwalaliśmy sobie jeszcze na bieg tempem 5.30 min/km.
Pełny mrok i fala zawodników z kolorowymi czołówkami wyglądały świetnie - przywodziły mi na myśl nocny półmaraton we Wrocławiu.
Po około 5 kilometrach, kiedy zaczęło się przejaśniać, weszliśmy w nowy biom na tej mapie - Las. Tutaj teren zaczął być już mniej przyjazny. Błoto, strumyki i bardziej strome podejścia spowalniały całą grupę zawodników. Gdzieniegdzie było to naprawdę denerwujące, bo czuliśmy, że każda minuta stracona na czekaniu w kolejce do przejścia zmniejsza nasze szanse na skończenie zawodów na czas, mimo tego, że obecnie mieliśmy tempo na 13 godzin, a nie 17, czyli limit tych zawodów.
Niemniej jednak, bardzo podobała mi się atmosfera i widoki z terenu po którym biegliśmy. Las o wschodzie słońca i poranna mgła dodawały niesamowitego klimatu.
Pierwszy kryzys…#
Według planu zawodów na 17 kilometrze miał być punkt i pod to rozplanowaliśmy nasze żywienie. Dobrze, że na wszelki wypadek mieliśmy zapas, bo nigdzie nie mogliśmy go wypatrzeć. Rozmawiając z innymi zawodnikami, słyszeliśmy różne teorie. Jeden z zawodników mówił, że to nie jest punkt żywieniowy, a wyłącznie czasowy, aby zdjąć z trasy osoby, które zbyt wolno biegną. Dlatego miałby się rozstawić dopiero bliżej granicy czasu. Nie było jednak wiadomo czy to na pewno prawda. W każdym razie, następny punkt miał być dopiero na 34 kilometrze, więc musieliśmy rozsądnie dysponować naszymi zapasami. Jedzenia miałem wystarczająco, ale o wodę się trochę martwiłem.
Mniej więcej w tym czasie zacząłem też czuć znajome kłucie w kolanie. Modliłem się, żeby to się nie rozwinęło, jednak na 25 km nie miałem już złudzeń. Ból był na tyle duży, że wszelkiego rodzaju zbiegi stanowiły problem. Musiałem przez to schodzić bokiem, a dziwne ułożenie stopy sprawiało, że uderzałem kostką o but. Nie chciałem ryzykować kolejnego problemu, więc około 8 rano wykonałem telefon do naszych dziewczyn, aby na przepak w Cisnej przyniosły mi wkładkę z mojego lewego buta (wiem, niecodzienna prośba jak na telefon który budzi cię ze snu). Liczyłem, że podniesienie stopy sprawi, że nie będę obijał kostką o but. Już przed samą Cisną, która znajdowała się na 34 kilometrze, moje morale były bardzo słabe. Nawet schodzenie w dół sprawiało mi duży problem. Starałem się jakoś to obejść, schodząc bokiem czy lekko skacząc (musiałem komicznie wyglądać). “Przecież to wszystko bez sensu. Już nie mogę zbiegać, a mam przed sobą jeszcze 50 kilometrów”. Po dotarciu na miejsce, poszliśmy po depozyt, który zostawiliśmy na punkcie. Mój był dziwnie lepki, jak okazało się przez to, że rozszczelnił się jeden z zapasowych żeli. To była kolejna dobijająca rzecz. Poszedłem do ratownika medycznego i spytałem czy może coś poradzić na moje kolano. Niestety był w stanie tylko je schłodzić. Poradził, że jeśli ból się utrzyma, powinienem zejść z trasy, bo nie ma sensu narażać się na trwały uraz albo nawet operację. Ciężko było odmówić mu racji, ale z racji, że byliśmy drużyną ciążyła na mnie też odpowiedzialność za Mikołaja i Huberta. Gybym wtedy zrezygnował, oni też byliby zdyskwalifikowani, dlatego musiałem dalej walczyć. Najbardziej bałem się jednak o moje kolano, bo nie wiedziałem do końca jaka przypadłość je dotyka.
Po uzupełnieniu zapasów i włożenia wkładki do buta, uzbrojeni już w kijki trekingowe, ruszyliśmy dalej.
i kolejny…#
Starałem się opierać jak największy ciężar na kijkach licząc, że pomoże to mojemu kolanu. To była moja jedyna nadzieja na tamten moment. Dość szybko dotarliśmy do pierwszego podejścia i - o matko. Poprzednie górki były duże, ale ta stromizna naprawdę dała nam w kość. Na podejściach na szczęście nic mnie nie bolało. Moje morale wzrosły widząc, że całkiem sprawnie pokonuję to podejście (jeśli można tak nazwać tempo 25 km/h). Na tym podejściu ujawniły się pierwsze problemy moich kompanów, ponieważ Mikołaj zaczął mieć problem z Achillesami. Niedługo później, gdy już byliśmy na szczycie, moje kolano zaczęło robić kolejne problemy. Nie potrzebowałem już zbiegów, żeby mnie bolało - płaski teren wystarczył. Nie mogłem biec, mimo, że starałem się zaciskać zęby. Wtedy pojawił się u mnie 2 poważny kryzys na tych zawodach. “Jaki jest sens kontynuować, skoro nie mogę biec? Przecież nie zdążymy na czas ukończyć zawodów.” - myślałem sobie. Zaczęliśmy myśleć co zrobić w tej sytuacji. Moje morale szorowały po ziemi i w tym momencie miałem naprawdę dużą ochotę skończyć te zawody. Nie chciałem jednak, żeby to była moja decyzja, w końcu zależał od tego też los chłopaków. Nikomu z nas nie mogły jednak przejść przez gardło słowa o poddaniu się. Byliśmy na 44 kilometrze, a na 48 miał być kolejny punkt żywieniowy. “Dobiegniemy tam i zobaczymy co dalej.”. W końcu i tak musiałbym jakoś się wydostać z tej dziczy. Zgodziłem się. Aby trochę sobie ulżyć, wziąłem tabletkę przeciwbólową. O dziwo zadziałało to całkiem nieźle, bo sprawniej zacząłem napierać do przodu. Ból nie zniknął, ale starałem się szybko maszerować. Moje morale zaczęły się poprawiać widząc jakie miałem tempo, bo dalej istniała sznasa na zmieszczenie się w limicie czasu. W międzyczasie, rozmawiając z innymi zawodnikami odkryłem co mi dolegało. To tak zwany ITBS, czyli Zespół Pasma Biodrowo-Piszczelowego, nazywany potocznie kolanem biegacza. Wynika ze zbyt dużego napięcia zewnętrznej strony pasma i zbyt słabych pośladków. Wszystkie objawy pasowały do tych doświadczanych przeze mnie. Pokrzepiła mnie jednak informacja, że to nie jest uraz który doprowadzi do trwałego uszkodzenia kolana i operacji. Dzięki temu jakoś od razu lepiej mi się maszerowało.
Jadąc na tej fali pozytywnych informacji nie zdecydowaliśmy się na koniec w punkcie, który finalnie był na 51, a nie 48 kilometrze, i kontynuowaliśmy zawody.
i kolejny.#
Przed punktem na 70 kilometrze był długi i stromy zbieg. Pokonanie go zajęło mi zdecydowanie zbyt dużo czas i to doprowadziło do kolejnej fali pytań typu: “Czy to ma sens? W tym tempie nie zdążę na metę do 20.” Na punkcie zacząłem opowiadać o tym chłopakom. Usłyszał o tym jeden z organizatorów, który nalewał biegaczom zupy na punkcie, i powiedział, że wcale nie musimy dotrzeć na metę do 20. Wystarczy, że wybiegniemy z ostatniego punktu przed wyznaczonym czasem, a nikt już nas nie cofnie i na mecie najprawdopodobniej dostaniemy medale. Ta informacja błyskawicznie zmieniła moje nastawienia i włączyła focus na kolejny cel. Szybko zjedliśmy, uzupełniliśmy zapasy i wyruszyliśmy do ostatniego punktu, który znajdował się na 79 kilometrze. Na dotarcie tam mieliśmy około 2 godzin, a przy tym profilu trasy nie było to takie proste. Po drodze czekała nas jeszcze jedna stroma góra, z równie stromym zejściem po piaskowych koleinach. Na tym etapie zaczęły mi się pojawiać zwidy, że w lesie jest jakaś twierdza, podczas gdy były to zwykłe drzewa.
Do punktu dotarliśmy 10 min przed limitem, więc nie rozsiadaliśmy się na nim za bardzo. Szybko ruszyliśmy dalej, na najbardziej błotnisty odcinek trasy. Ostatnim podejściem było maszerowanie po mokrej glinie, które sprawiło, że nasze buty wyglądały jak po wsadzeniu do betoniarki. Nie przejmowaliśmy się już tempem, bo mieliśmy wizję końca przed sobą, dlatego pokonanie ostatnich kilometrów zajęło nam jakoś absurdalnie długo.
Na metę weszliśmy o 20.50, ciesząc się, że udało nam się pokonać tak wiele przeciwności po drodze. Nie miałem do tej pory zawodów, z których faktycznie rozważałem rezygnacje, więc ukończenie ich smakowało wyjątkowo dobrze.
Piękne bieszczady#
Wyżej rozpisywałem się głównie o trudnościach biegu, ale muszę też wspomnieć o wyjątkowości terenu na jakim rozgrywają się te zawody. W Bieszczadach zieleń jest jakby bardziej intensywna. Czuć, że ten teren nie jest niszczony przez człowieka i bieg w nim był czystą przyjemnością. Jedyny minus to monotonia, bo w odróżnieniu od Tatr, większość gór przez które biegliśmy, niczym się nie wyróżniała, i zlewały się w jeden obraz. Ładny co prawda, ale jednak.

Czego nauczyło mnie pierwsze ultra?#
Kryzysy#
Zawody ultra to tak naprawdę kilka kryzysów oddzielonych okresami lepszego samopoczucia. Ważne, żeby wytrzymać ten jedne kryzys, który jest w tym momencie, bo nie będzie on trwał wiecznie, nawet jeśli tak nam się wydaje.
Woreczki strunowe#
Zabranie prowiantu na całodniowe zawody jest niewykonalne, dlatego najlepiej posiłkować się tym co jest na punktach żywieniowych. Od połowy zawodów, nie jadłem już żadnych swoich żeli energetycznych, tylko jedzenie, które zabrałem w woreczki strunowe z punktów.
Kijki trekingowe są obowiązkowe#
Jeszcze jakiś czas temu traktowałem kijki trekingowe jako zbędny dodatek, a osób ich używających nie nazwałbym prawdziwymi biegaczami, jednak po tych zawodach zmieniłem zdanie. W biegach górskich używanie ich bardzo pomaga. Miałem szczęście, że bardziej doświadczony kolega mi je polecił, bo inaczej ukończenie tych zawodów, stało by pod znakiem zapytania.
Nie patrz na tempo#
Nasze ego często cierpi gdy biegniemy zbyt wolno, jednak w przypadku ultramaratonów nie może to wpłynąć na naszą strategię. Z każdym kolejnym kilometrem jest coraz ciężej, więc nie ma co bez sensu obciążać nóg.
Skurcze#
Nie jest to może coś czego nauczyłem się na tym biegu, ale traktuję tą sekcję jako protipy, więc się podzielę. Kiedyś miałem problem ze skurczami, ale udało mi się go załatwić kupując magnez w płynie i dolewając go w dużych ilościach do flasków na zawodach. Z racji, że uzupełniałem wodę, z punktów odżywczych, to miałem ze sobą małą fiolkę z bardzo dużą dawką takiego magnezu z solą i rozcięczałem ją w kolejnych flaskach. Zadziałało, bo pomimo pompy na nogach nie miałem skurczów.







